Teksty o Ojcostwie
28.04.2008.
Spis treści
Teksty o Ojcostwie
Jan Paweł II, Encyklika Dives in misericordia
Jan Paweł II, Tertio millenio adveniente: Bog Ojciec
Jan Paweł II, Orędzie VI Światowego Dnia Młodzieży, Częstochowa 1991
Jan Paweł II, Oblicze Boga Ojca - tęsknota człowieka
Jan Paweł II, Od Ojca do Ojca
Jan Paweł II, Ojcostwo Boże w Starym Testamencie
Jan Paweł II, Ojcostwo i macierzyństwo w zamyśle Bożym
Julianna z Norwich, O macierzyństwie Boga
Karol Wojtyła, Promieniowanie ojcostwa, cz.II
Teofil Antiocheński, Jeśli nazwę Go Ojcem
Klemens Aleksandryjski, Testament Ojca
Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, Być małym dzieckiem przed Bogiem
R. Cantalamessa, Jezus jedyną drogą do Ojca
J. Pasierb, Przypowieść o Ojcu
Jak Bog stworzył ojca...
list Ojca do dziecka
  
 
http://ojcze.pl/images/stories/dzieci/serceojca.jpg


PROMIENIOWANIE OJCOSTWA 

 
 
 

CZEŚĆ II DOŚWIADCZENIE DZIECKA

 
 
 
 
 
ALBUM
 

ADAM
 

Usiądźmy w fotelu pod lampą z abażurem i weźmy do ręki album. Są to zdjęcia z najmłodszych lat. Młoda kobieta tuli w ramionach dziecko. Twarzyczka wówczas owalna (dziś pociągła), tylko oczy świecą tak samo, jak dziś. Dzieje oczu: one najbardziej zostają poprzez te wszystkie obrazy, one wszystko łączą w jeden nurt, spływa weń cech coraz więcej, w nich zostaje tożsamość duszy.
O, patrz! Gdybym ten obraz mógł zamknąć w projektorze -
oto dwunastoletnia dziewczynka z olbrzymim psem.
Psu było na imię Arpad; miał pysk rozczulający,
gdy zbliżał się do małej, kręcąc ogonem jak wiechą
i łapę poczciwie wyciągał... małe niewinne stworzenie,
jakże słucha cię cała przyroda, nawet ten olbrzym nie szczeka
- obraz pierwszy.
Teraz koza: w projektorze będą wielkie rogi i łeb pochylony z ukosa -
walczysz, mała? Rogów się boisz? Drobne rączki stukają pałeczką,
jakby rogi były klawiszami ukrytego w kozie instrumentu,
w który pragniesz coś, mała, przestukać - coś, co w tobie teraz także jest
- obraz drugi.
Obraz trzeci: kury. Duże kury i małe kurczęta,
z którymi się po podwórzu co dzień snujesz wydłubując kwiatki,
tak jak one wydłubują ziarnka. Potem wracasz za oszklone drzwi,
a one wracają na grzędę, bo na niej nocują w kurniku,
kiedy ty nocujesz w łóżeczku za oszklonymi drzwiami,
za werandą, za sienią, za kuchnią i za pokojem dziadunia.
Śpisz z mamą. Tata daleko...
Nie ma taty w całym tym albumie i już nigdy do niego nie trafi,
lecz czyż nie jest podobny do słońca, które grzeje twe ciałko z ukrycia,
o, jak tutaj, na czwartym obrazie?
Obraz czwarty:
siedzisz sobie tu pod parasolką, by się schować, gdy jest za gorąco.
Słońca wprawdzie nie widać na zdjęciu, lecz czujemy je wszędzie dokoła
i w tobie też.
Jest tych zdjęć w albumie bardzo dużo, cały film,
wszystkie razem spięte w jedną księgę i spięte w historię jedną:
takie same wciąż tylko są oczy - tożsamość duszy.
(W tym miejscu album się kończy -, dalej to, co sam już pamiętam.)
Kiedy była jeszcze w szkole powszechnej - pamiętam wówczas jej śmiech,
swobodny, dziewczęcy śmiech. Mówiło się wtedy “piszczacz”,
“mały piszczacz”, chcąc przez to zarazem ów śmiech określić,
czasem bowiem przechodził on w pisk - w pisk nieśmiałego pisklęcia.
Kiedy była jeszcze dziewczynką, była bardziej na zewnątrz mnie,
choć na pozór dzieje się odwrotnie...
Odrabiała po południu lekcje: algebrę szybko,
na zeszycie z polskiego kleks, dość często kreśliła wyrazy,
z ortografią raczej w porządku, choć nie łatwo się wypisywała.
Potem jeszcze lekcja z geografii, potem jeszcze domowy rysunek -
i wreszcie swoboda, swoboda: można biegać długim korytarzem,
nie przewróciwszy sprzętów, można się kręcić w kółko,
nie musnąwszy nawet czegokolwiek, można piszczeć...
“przyszedł tata” - skrada się chyłkiem w jakichś takich swoich cichołazach,
by znienacka pociągnąć za rękaw i przygarnąć się“tutaj jestem”.
Biedne dziecko - myślałem - biedne dziecko, nigdy
nie ujrzy już ojca...
- “czy ty wiesz, że ja mam już tatę” - kiedyś tak zwierzała się matce
- “czy ty wiesz, że ja mam już tatę”...
 
 
 
REZERWAT DZIECKA
 
 

MONIKA
 

1.
Historia mego ojca we mnie. Początek ginie w mroku
mojej dziecięcej duszy - długo zanim się zacznie wędrówka
za śladami jego obecności, naprzód bowiem była nieobecność.
Kiedy byłam małą dziewczynką, biegałam raźno po trawie,
zganiałam kury z podwórka, w łóżeczku sypiałam z misiem,
potem mi sprzykrzył się miś, więc odtąd sypiałam z lalą.
Zrywałam wiosną kwiatuszki dla kogoś, dla kogoś, dla kogoś...
Taty przy mnie nie było, nie było taty na ziemi.
Chcę mieć tatusia za ziemi bliziutko, blisko serca,
muszę go sobie wyszukać, wyłuskać z cichego obrazu
i z całej mojej nadziei urodzić, urodzić, urodzić...
Wiele razy zanosiłam kwiatuszki, gdy go nie było w pokoju,
stawiałam je na biurku i odchodziłam natychmiast.
Rozpozna moją obecność
po bukiecie, który w wazoniku pozostał przy jego książkach.
Pomyśli “jestem w jej sercu” i mnie w swoim sercu poszuka
choćby na chwilę.
Gdy byłam daleko - pisząc list zrywałam kwiatuszek
i wkładałam mu do koperty razem z kartką napisaną niezdarnie,
nie mam bowiem łatwości pisania i nie umiem tego wypowiedzieć,
co jest we mnie.
Lecz wszystkiego dowie się po kwiatku, który wraz z listem
przyniesie mu listonosz i razem z moimi myślami,
a zwłaszcza z sercem.
Czy w to uwierzysz?...
Gdyby ciebie nie było na ziemi, patrzyłabym z politowaniem
na album lat niemowlęcych - i tamta nie znałaby tej,
a ta snów tamtej. Wszystko byłoby rozbite,
nie stanowiło jedności - a przecież stanowi.
 

2.
Historia mego ojca we mnie rozpoczyna się nieobecnością,
w której on stale być musiał, chociaż go wcale nie czułam.
Doskonale zespolona z matką nie wiedziałam, że kiedyś wybuchnie,
bo tkwi we mnie całej korzeniami jakby drugi równoległy pień.
Właśnie teraz dopiero dojrzałam: pień podwójny pośród tylu drzew
w lesie. Jakież bogactwo konarów i gałęzi, a w górze listowia,
wszystko rośnie z jednego systemu, korzenie są bowiem wspólne.
Tak rósł we mnie ojciec przez matkę,
a ja właśnie byłam ich jednością,
tym fragmentem w całokształcie drzewa, poprzez który rosną oba pnie.
Zdało mi się najzupełniej dziwne, że mam być fragmentem najgrubszym
(potem bowiem drzewo się rozszczepia na dwa pnie sobie równoległe,
a każdy z nich jest już cieńszy).
Patrzałam zatem zdumiona
na te myśli, które we mnie przeszły z rozdwojonego drzewa.
Tak rósł we mnie ojciec przez matkę - lecz ja długo go nie dostrzegałam,
nie odczułam, iż jest obecny, chociaż we mnie korzeniami tkwił.
_ _ _ _ _ _
 

3.
Jakże bardzo cię kocham, mój ojcze,
dziwny ojcze, zrodzony w mej duszy,
Ojcze, który we mnie się urodziłeś, by mnie urodzić -
nie wiedziałam przez tyle lat, że tak bardzo we mnie się rozrosłeś,
nie znałam długo twej twarzy, ciepłych oczu, schylonego profilu,
aż do dnia, w którym skojarzyłam przeogromne pragnienie mej duszy
właśnie z tobą -
aż do dnia, w którym nieobecność musiała stać się obecnością,
bo ona była wcześniej -
Ojcze mój, ja walczę o ciebie. Bądź ty we mnie, jak ja chcę być w tobie.
_ _ _ _ _ _
 

4.
Teraz jesteśmy w lesie, drzewa się pną,
ostatni trójkąt światła pozostawia zaciszną zatokę
pomiędzy wyspą konarów a drżącymi falami powietrza.
Wieczór lasu, mały wieczór lasu do wielkiego wznosi się wieczoru,
który zaraz wypełni nieboskłon -
kiedyż się to wypowie, co zawiera się w tobie i we mnie,
co zalega do głębi świadomość i chyba czeka na słowa?
Czy znajdziemy kiedyś będąc razem chwile dla takich słów,
które wynoszą na wierzch to, co naprawdę jest w głębi,
i jakoś sprawdzimy na co dzień istnienie tego, co jest?
Ten świat, który jest w tobie, odkrywam powoli i naraz:
to świat mojego ojca - jakże bardzo pragnę w nim być!
(nuci:)
(Ciemna uliczka wśród drzew i wiele jest takich ulic
i w wielu biegną kierunkach - któryż się z którym spotka? -
Już nie wiem, czy siedzisz w fotelu głębokim przy lampie z abażurem,
czy pochylony dorzucasz drew do ogniska.)
Te momenty wciąż się spotykają. Każdy jest ważny nad wyraz
przez jedną wspólną treść, jest ważny z powodu odbicia:
z niewidzialnych bowiem korzeni rozrosło się we mnie to wszystko,
co w sobie noszę dzisiaj.
_ _ _ _ _ _
 

5.
No właśnie, mrok już dojrzał i ciemność stała się zupełna,
krawędzi drzew trudno oddzielić od całej reszty powietrza.
Jak się cieszę, że jesteś tu ze mną.
Siądziesz sobie zaraz w fotelu
ze mchu -
wszyscy też zaraz się zejdą, ognisko żywiej zapłonie,
będziemy popijać herbatę i suchary pogryzać z masłem
i konfiturą, potem będziemy śpiewać...
Jak to dobrze, że jesteś na świecie,
bo myślałam, że ciebie już nie ma, a potem myślałam “nie dotrę”,
a przecież dotarłam i czuję, że ciebie już mam.




OJCZE, BĄDŹ MOJĄ DROGĄ, BĄDŹ ŹRÓDŁEM!
 
 

ADAM
 

1.
Nazajutrz wypadło nam iść przez gąszcz. Na skraju lasu,
tam gdzie kończą się wspaniałe wysokopienne sosny,
a razem z nimi cień - tam gdzie kończą się sosny,
a razem z nimi igliwie i mech, tam gdzie kończy się miękkie
poszycie, a zaczyna się wyrąb:
plątanina krzaków i odrośli, poprzez które trzeba się przedrzeć
przy zbieraniu malin lub ostrężnic.
Nasza droga prowadzi tamtędy.
Jednak nie wystarczy patrzeć z zewnątrz. Musisz wejść.
Ten gąszcz, który jest we mnie, znasz: iluż ludzi
zdobędzie się na przekonanie, że żaden z nas
nie jest całością zamkniętą i ostateczną? Nosimy tylko w sobie
treść, która w swej postaci absolutnej nas przerasta,
a jesteśmy do nie przywiązani i od niej zależni.
Czyż nie prawda,
że ojcostwo jest nie tylko ciężarem, który trzeba samotnie podjąć
- i nie jest też przywilejem, z którego korzystasz sam?
A teraz ty: idziesz ze mną razem. Rezerwat dziecka -
Kto ma prawo do niego wejść? Takie prawo z pewnością ma
ojciec. Ja wszakże tylko oznaczam tę Wielką Treść.
Jesteś bardzo nieśmiała. To nie jest jeszcze prostota.
Choć jesteś także prosta: gdy czegoś nie umiesz wyrazić,
gdy się wstydzisz twojego uczucia, umiesz płakać w skrytości.
Umiesz także przynieść bukiet kwiatów i ustawić na biurku
nie wiadomo kiedy.
Jesteś zasklepiona w swych sądach, a te płyną z pierwszego odczucia.
Trudno ci stanąć poza tym - stąd bywasz często tak obca
nawet wśród ludzi życzliwych. Asymilujesz się z trudem.
Jesteś przy tym bardzo ambitna, a twoja słowność graniczy z uporem
Patrzę w twoje rysy, które rzeźbią się same. Patrzę w rezerwat
dziecka - nieprzenikniony. Uśpił cię nadmiar przyrody,
który harmonizuje z niedosytem w człowieku.
Pozostaję nadal samotny.
Nagle budzi mnie szelest. Nie jestem samotny, bo drżę.
Lśniący kadłub wzorzysty dygoce rytmicznie wśród trawy,
tętni miarowym oddechem. Na przedeptanej smudze
zwinęła się w kłębek gwałtownie i wyrzuciła języczek
żmija.
Najwyraźniej była podrażniona.
Nie jestem samotny, bo drżę.
Cała świadomość tętni tą jedną treścią “żmija”
- ta treść do niej przylega od zewnątrz.
A równocześnie zjawia się druga treść, która przylega od wewnątrz.
“Dziecko”. Trzeba ochronić to dziecko!
Jestem ogromnie wzruszony. Wiem, że coś już się stało.
Nie wiem jeszcze dokładnie - co.
 

MONIKA
 

Wiem, że ominął mnie lęk. Cały lęk wziąłeś na siebie.
Idziemy w stronę lasu, trzymam cię za rękę jak nigdy
nikogo... Żmija zginęła gdzieś w trawie, ocaliłeś mi chyba życie.
O czym myślisz?
 

ADAM
 

Myślałem o twoim Ojcu. Dał ci życie.
 

MONIKA
 

Czy nie dałeś mi życia na nowo?
 

ADAM
 

Nie. Tylko wziąłem z ciebie
to, co się Jemu należy. Mogę tylko w twojej wyobraźni
kojarzyć się z myślą o Ojcu. Mogę tylko oznaczać dla ciebie
te Wielką Treść... Czyż potrafię cię dziś znów urodzić?
To są ramy.
 

MONIKA
 

Wypełń, wypełń je sobą! Wypełń je sobą koniecznie!
Czy ty wiesz, jak jesteś potrzebny, ile wzięłam z ciebie i wciąż biorę?
Lecz nie to, że jesteś potrzebny Pragnę kochać bez żadnej potrzeby,
idąc prosto sercem w jakąś treść, co jest prosta i wielka zarazem,
a w której człowiek się mieści, nie mogąc jej zmieścić w sobie.
 

ADAM
 

Wiem, że nie kochasz z potrzeby - lecz jesteśmy na śladach tej Treści,
co jest wielka i prosta zarazem. Czyż ja mogę dziś ciebie urodzić?
Czy ty możesz urodzić się ze mnie?
Pozostaje tylko skojarzenie
(życie, co prawda, powraca wciąż w te same miejsca odwieczne -
tylko nas już tam nie zastaje...)
Ach, Dziecko, jak głęboki ból, że nie mogę cię urodzić na nowo!
- chociaż wówczas nie byłabyś tą, którą jesteś
A dla tej
mogę tylko jakby z zewnątrz oznaczać tę Wielką Treść,
tę treść, w którą się garniemy całym swoim człowieczym jestestwem,
od pewnego zwłaszcza momentu...
“Ojciec, ojciec”, czymże brzmi to słowo?
 

MONIKA
Czy jeszcze nie nadszedł ten moment, by ono brzmiało
dla mnie tobą a dla ciebie mną?
 

3.
Idziemy dalej. Płynie potok - idziemy w górę, pod prąd:
pośród sosen opodal, można zanurzyć stopy. Uczyń to.
Potok jest chłodny, cicho spada woda po kamieniach,
jej szemranie narasta powoli na całej długości biegu.
 

MONIKA
  

Zanurzam stopy. Jakiż chłód kojący - jaka świeżość - jakie odrodzenie!
Oto we wszystkie komórki na nowo wstępuje życie.
Ach, gdy się rodzę na nowo z tego leśnego potoku,
wtedy proszę: bądź dla mnie wodą!
Proszę: bądź wodą dla mnie!
 

CHÓR
 

1.
Zeszliśmy nad chłodny potok płynący w cieniu tych sosen opodal -
nikt nie rozpozna śladu naszych stóp. Woda nie jest kamieniem,
ani też nie jest gliną, w której ślady stóp swoich odciśniesz.
Woda w tobie odcisnęła swój znak
- czy zostawiła tylko chłód i uciszenie ciała?
 

2.
Zeszliśmy nad chłodny potok, który wyżłobił sobie
w łagodnym zboczu góry i sosen dostojnym cieniu
łożysko własne -
Brzegi wody są zarazem krawędzią ziemi i krawędzią myśli człowieka -
tędy wzrok przepływa w przedmioty, w małe drzewka i kamyki na dnie.
 

ADAM
 

3.
Zeszliśmy nad leśny potok, aby ciebie pochwalić, wodo,
która urodziłaś na nowo człowieka - i przeszłaś nieświadoma
swojej własnej dobroci.
Chwalę ciebie, chłodna leśna wodo,
żeś ocaliła dla mnie ten oddech,
który czuję tak blisko serca: oddech dziecka przy moim ramieniu.
 

MONIKA
 

Ja nie ruszę się z tego miejsca: z miejsca dziecka nigdy się nie ruszę. -
Pragnę ogarnąć ciebie całym moim dzieciństwem, które kiedyś
śledziłeś na kartach albumu... potem przyszły lata dziewczęce...
kocham ciebie za całe “wczoraj”, którego przecież nie było -
i za “dzisiaj”, które przecież jest i w którym “wczoraj” się mieści.
 

ADAM
 

No właśnie, czy pomieścimy?... Jakżesz znajdę twe lata dziecięce
w tym, co jest teraz? Będzie mi ich straszliwie brak.
Cała przeszłość zbiega się w to miejsce - nagle, nagle powracają lata...
ty nie możesz w nie wrócić, lecz one mogą wezbrać na nowo i przyjść,
zalewając ci serce. Dziecko, dziecko. Jakże wejść w ten zalew?
Wejdę - z ogromnym drżeniem - cała przeszłość ruszyła ku nam
i przelała się przez teraźniejszość... Prowadziłbym cię
jak małą dziewczynkę
za rękę. Potem bym wracał i rozdzielał na “rok po roku”
to, co tu wszystko jest “naraz”. Jakże ogarnąć to wszystko?
 

MONIKA
 

4.
Zeszliśmy nad leśny potok. Powiedz, czy tutaj
nie jesteśmy w najgłębszym punkcie jakiegoś dziwnego ciążenia?
Jakże mogę ciebie ogarnąć całym moim dziecięcym jestestwem?
 

ADAM
 

Popatrz raz jeszcze: potok - wstępujesz w wodę,
która spada stąd ciągle w dół.
Czy przez potok nie dosięgasz ŹRÓDŁA, z którego się wszystko poczyna?
Czy przez potok nie ogarniasz ŹRÓDŁA?
 

MONIKA
 

I ŹRÓDŁO MNIE TAKŻE OGARNIA przez potok.
 
 
 
OJCIEC I DZIECKO OGARNIAJĄ SIĘ WZAJEMNIE ZA POŚREDNICTWEM SŁOWA „MOJE”
 
 

ADAM
 

...moje dziecko. Gdy po raz pierwszy zdecydowałem się tak pomyśleć,
przez to samo przyjąłem w siebie znaczenie słowa “moje”.
Co się stało?... Stała się rzecz
zupełnie prosta, a zarazem jakaś odwieczna.
Jest ciężar gatunkowy słów,
słów nawet najmniejszych... Takim słowem jest słowo “moje” -
tym słowem przyjmuję na własność, lecz zarazem oddaję siebie
...MOJE DZIECKO! Moje dziecko! - “moje” to znaczy “własne”.
 

MONIKA
 

Nie wiem, jak to się stało, lecz myślę, że to słowo wypływa na fali serca.
Fala serca zalewa nas często, bywają przypływy, odpływy -
ja czuję, gdy wspina się fala, a potem znów, jak opada.
Lękałam się czasem nawet, że mnie przewróci, teraz jednakże
już się nie lękam, już jestem z nią zżyta. Choć ciszę lubię najbardziej -
tak jest wtedy, gdy ogromna fala stoi spokojnie w brzegach
całego mojego istnienia, a fala drzemie w jej głębi.
Lepiej, gdy fala drzemie, a ja tylko wiem, że jest -
bo gdy ruszy, wówczas znów się czuję jak trzcina albo sitowie,
i nie czuję tak mocno brzegów całego mojego istnienia.
Brzegi wówczas się oddalają.
Pękają też jakieś granice i przelewają się we mnie
istnienia obce - także niepewne swych granic.
Marzę o wielkiej ciszy - aby nawet te obce istnienia
wypływały na fali serca jakby me własne.
Marzę o wielkiej ciszy - by nic nie zakłócało
odczucia tego wszystkiego, co zawiera się w słowie “mój”.
 

ADAM
 

Słowo “moje” - maleńkie, proste słowo. Jakże długo musiałem stać
na jego progu Jakże długo się wpatrywałem w nie poprzez całą logikę
istnienia... To słowo ma sens odwieczny...
Czy wiesz, że nam nie wolno przyjmować tylko tego,
co wypływa na fali serca, dopokąd nie weźmiemy odpowiedzialności
za prawdę tego słowa: potocznego, prostego słowa, jakim jest słowo “moje”?
Do serca nam wolno powracać, gdy już zdołamy się uporać
z logiką słów. Iluż nas lęka się oto, że wówczas już nie odnajdziemy
tego ciepłego prądu, który niesie z sobą fala serca?
Nie postępuj nigdy jak ślepiec, który tylko dotyka przedmiotów
nie rozwijając widzenia każdego z nich. Życie wtedy będzie ubogie.
A przecież ja nie chcę umniejszyć - bo ty jesteś dzieckiem serca -
nie chcę umniejszyć w niczym tego, w czym leży twój skarb.
Drżę na samą myśl, że mógłbym coś w tobie zepsuć
albo podkopać...
Ale nie chcę, by jakoś na oślep rozwijało się to, co wypływa
na fali serca, prowadząc gdzieś w ślepe zaułki.
Moje dziecko, trzeba naprzód prześwietlić każde uczucie,
by nie czuć w mroku, a potem czuć na nowo - już w świetle -
trzeba prześwietlić je myślą.
(Przetwarzam to delikatne wnętrze,
w którym coraz swobodniej przebywam,
mieszkam jak gdyby u siebie. Ileż ona otwarła mi drzwi -
i gdyby jeszcze wiedziała o jakiejś furtce ukrytej,
która dotąd jest dla mnie zamknięta,
próbowałaby zaraz otworzyć.. a przecież nie jest z tych,
co otwierają się łatwo...)
 

MONIKA
 

Kiedy myślę o tobie “mój”, nie za sobą idę, lecz za tobą
a równocześnie jakoś idę w siebie, ażeby ciebie tam znaleźć.
Gdy znajduję, znajduję z radością - a jeśli nie znajduję,
to czuję ból, i dlatego czasem w skrytości płaczę...
Cóż w tym jest? Czy chcę ciebie zabrać i mieć na własność?
- no pewnie. Ale to nie tak... to nawet chyba
byłoby wręcz niemożliwe... chcę tylko stale tak w ciebie przechodzić,
abyś mógł mnie znajdować w sercu - i abyś wtedy
mógł o mnie myśleć “moje”... jak się myśli o dziecku rodzonym.
 

ADAM
 

Rodzimy się także przez wybór - rodzimy się wówczas od wewnątrz,
i nie rodzimy się naraz, lecz jakby cząstka po cząstce...
Nie tyle się wówczas rodzimy, ile stajemy.
Lecz w każdej chwili możemy się nie stać, możemy się nie urodzić.
To od nas zależy. I dlatego - cząstka po cząstce - ja szukam pokrycia
dla słowa “moje”. Czy ty także szukasz, dziecko?
Rodzenie zaczyna się od jedności i do jedności dąży. W tym jest miłość.
Gdy poczęłaś się z twojej matki - i ona cię miała urodzić,
musiałaś wniknąć głęboko do wnętrza jej ciała, aby się potem
z niego wyrwać pierwszym porywem samodzielnego życia...
Jeśli masz się urodzić z ojca, musisz naprzód wniknąć
w głębię jego woli... To jest rodzenie przez wybór.
A wybrać - znaczy przyjąć to, co stanowi mój świat,
co jest we mnie i co jest ze mnie... Czy potrafisz to przyjąć?
- bo ja już cię noszę pod sercem i wiem, że cię muszę urodzić,
bo nie mogę o tobie myśleć inaczej jak tylko “moje”.
 

MONIKA
 

O, nie martw się urodzeniem... wiem przecie, że rodzi kobieta.
Nie lękaj się tego, co mówię: TY MNIE RODZISZ o ileż inaczej!
Przecież stale chcesz mnie tak rodzić - wprowadzać mnie w to, co jest,
a czego jeszcze wciąż nie ma - (a jeśli już jakoś jest,
to dzięki tobie). Choć urodzona kiedyś,
wielokrotnie nie-urodzona, wielokrotnie pragnę się urodzić.
 

ADAM
 

Wiesz, co myślałem dawniej? - “biedne dziecko, straciło ojca -
ja mogę dla niej oznaczać tę Wielką Treść”... chciałem tylko oznaczać ojca.
Nie chciałem znajdować siebie w tobie. Lecz teraz się stało, że chcę.
Teraz muszę siebie w tobie znajdować, jeśli ciebie mam w sobie znaleźć.
Czy rozumiesz, że w takim razie już nie jesteś całkiem
wolna?
Miłość bowiem nie pozostawia swobody chcenia
i temu, kto miłuje, i temu, kogo miłuje -
a jednocześnie miłość jest wyzwoleniem z wolności, wolność bowiem
sama dla siebie byłaby straszna.
Kiedy więc staję się ojcem, wówczas jestem zniewolony miłością.
I ty, kiedy stajesz się dzieckiem, jesteś także zniewolona miłością.
Równocześnie jestem przez miłość wyzwolony z wolności
i ty także.
Jestem wreszcie wyzwolony z samotności, której nie chcę zamienić na miłość.
Dziecko, dziecko - kiedy staję się ojcem, wówczas muszę chcieć,
aby stała się moją ta przedziwna istota,
ta subtelna i lękliwa zarazem,
ta śmiała i zarazem beztroska,
ta pogodna i zarazem smutna,
odporna i zarazem niezmiernie wrażliwa -
wtedy muszę chcieć, aby była moją ta istota przedziwna,
którą ty jesteś.
Muszę chcieć, aby się ze mnie rodziła i ze mnie wciąż rosła,
aby się nie rodziła poza mną i nie rosła poza mną -
muszę chcieć i muszę drżeć o to.
Muszę także drżeć o to, aby wciąż rodząc się ze mnie,
ani na chwilę nie przestawała być sobą.
Muszę więc wciąż rozszczepiać i wciąż rozdzielać pomiędzy sobą a nią,
posiadając równocześnie siebie w niej, a ją w sobie.
Jeśli zaś muszę drżeć, to znaczy, że miłość przez długi czas
spotyka się z lękiem.
Miłość jest stale wyborem i stale się rodzi z wyboru.
(Oto jest tajemnica słowa “moje”.)
Jeśli miłuję, muszę stale wybierać ciebie w sobie,
muszę więc stale rodzić ciebie i stale się rodzić w tobie.
Rodząc w ten sposób przez nieustanny wybór - rodzimy miłość.
(Oto jest tajemnica prostego słowa “moje”.)
Widzisz więc, że i ty nie możesz być wolna - nie tylko ja.
I wyzwolona przez miłość z wolności musisz być także ty - nie tylko ja.
Nie ma bowiem rodzenia bez wszystkiego, co zawiera się w słowie “moje”.
I choć bardzo bym wówczas pragnął zatrzymać się na krawędzi,
miłość mnie wciągnie...
Czy to rozumiesz?
 
 
OJCIEC I DZIECKO ODNAJDUJĄ SIĘ ZAWSZE ZA POMOCĄ SŁOWA „MOJE”
 
 

MONIKA
 

Płakałam dzisiaj rano. Wiem, że ojciec mój także jest smutny.
Ja bardzo ten smutek odczuwam. Dlaczego musi tak być?
Płakałam, byłam bezradna. Czyż mogę zawsze chcieć
tego samego, co on, gdy po prostu chcę tego, czego chcę?
 

ADAM
 

Moje dziecko, ukochane dziecko. Nie mogę oszczędzić ci łez.
Czasem nawet muszę czekać na nie. Potem je ocieram
i mówię “nie płacz”. Co pozostaje - to czekanie na nową dojrzałość,
na nową jedność woli, na wspólny rytm...
Nie podejrzewam cię nigdy, pamiętaj - lecz sprawdzam w sobie wciąż.
_ _ _ _ _ _
 

Trzeba chcieć razem. - Nie można wymykać się chceniem,
bo wtedy uczucie myli... i słowo “moje” zostaje w jakiejś próżni
i przez to boli... najboleśniejsza bowiem jest próżnia miłości:
gdy się kocha, wówczas przez wolę twoją i moją przebiega jakby prąd,
który jest wspólny. I stąd rodzi się pewność, a wolność na nowo
poczyna się z tej pewności. I to jest właśnie miłość. Wówczas bez lęku myślę
“moje”...
 

MONIKA
 

Wiele razy ojciec powtarzał (jesień była pełna dziwnych napięć):
“Jesteś związana ze mną za bardzo od zewnątrz,
za mało jest więzi wewnętrznej - ach, dziecko, wiem to dobrze -
za mało żyjesz we mnie, choć jesteś tak bardzo blisko”.
Mówiłam wtedy: “Czyż nie jest prawdą, że wzięłam z ciebie
tak wiele? Czy można więcej wziąć?”.
Były to jednak dni ciężkie. Czy ja nie pojęłam ciebie,
czy też ty nie umiałeś mnie znaleźć?
Rozstrzygnęłam: to ja jestem winna.
Przecież tobie, mój ojcze, wolno mnie szukać
naprzód w sobie, a później dopiero we mnie.
Więc mówiłam: to moja wina, to tylko moja wina.
(Były grudniowe dni, które zawsze tak rychło się kończą,
przechodząc w wieczór prawie że bez zmierzchu) -
jakbyś chciał mówić “to nasza wina, to nasza” - “to tylko moja”!
Czy odtąd już będę żyć w tobie?
Zdaje mi się, że jesteś stanowczy i żądasz gruntownych zmian.
Czasem tak jakbyś mówił: “chyba się w tobie spóźniłem”... ja zaś wiem,
że to ja się spóźniłam. Tak, to ja się spóźniam z pewnością.
Ty jesteś jednak cierpliwy...
 

ADAM
 

Gdy zstąpimy od słowa do woli, czymże okaże się słowo?...
Jest treść nieodwracalna w tym zwięzłym słowie “moje”.
Czuję: nie można się cofnąć, można tylko znajdować
lub cierpieć.
Był taki moment jak błysk,
kiedy chciałam z siebie jakby wyszarpnąć tę treść “ojciec”.
To był moment. Wiedziałam, że wrócisz. Ja sam utoruję ci drogę.
Wrócisz i we mnie odnajdziesz to wszystko, czego pragnęłaś,
a czego czasami się lękasz... Czyż nie prawda, że w słowie “ojciec”
mieści się także lęk?
Nie będę nigdy samym uciszeniem, ale też burzą.
I słodyczą samą nie będę - domieszam gorycz.
A choć staram się być przejrzysty, będę także zagadką.
I nie zawsze będziesz odpoczywać - czasem przeze mnie się zmęczysz,
moje dziecko...
Czy jestem w tobie naprawdę?
Czy mój świat jest także twoim światem?
Czy też tylko po wierzchu się cieszysz uczuciem -
cieszysz się, że przepływa przez twoje serce łagodna, ciepła fala,
a nawet nie myślisz o tym,
że trzeba wyłowić z tej fali cały wewnętrzny świat,
ten świat, który ja nazywam “moim”.
Płaszczyzny uczucia mogą przecież przesunąć się obok siebie,
zahaczając o całych ludzi, pozostawić ich poza sobą.
...bywają więc takie godziny, takie noce bezsenne,
w ciągu których zmagam się z poczuciem,
że ty tworzysz się jednak poza mną, że cię nie rodzę...
z nie-urodzenia dziecka!
...bywają takie godziny. Przebacz mi je!
Może one też służą miłości.
I nie myśl ani przez chwilę, bym chciał tylko siebie w tobie.
Ja tak bardzo, tak bardzo chcę ciebie.
Lecz znajdź zawsze tę formułę tajemną,
przez którą ja będę w tobie,
a ty we mnie!
 

MONIKA
 

Czyż to nie są same godziny, te same noce bezsenne,
podczas których ja również płaczę - mam oczy pełne łez?
Dlaczego się czasem wydajesz taki daleki, choć jesteś najbliższy?
Rozumiem, że nie możesz mnie chcieć poza prawdą swego istnienia -
rozumiem to coraz lepiej.
 

ADAM
 

Powoli się uczę przez ciebie, co to znaczy być ojcem:
to wiązanie świata najmocniejsze... wspólnie przeto kształtujmy ów świat!
Ileż tutaj potrzeba precyzji, ileż wyczuć, ile subtelności!
Ale skądinąd: draśnięcie ciche, drobne ranki, które bolą długo,
potem znów wielkie gojenie, potem leczenie łagodne -
wyrozumiałość, i znowu stanowczość, która gwałtownością się zdaje...
lecz strasznie trudno jest ojcu stracić, przekreślić, odrzucić i odciąć -
(ach, jakaż w tym nadzieja, jaka ufność zaczyna się stąd!)
Strasznie trudno jest ojcu stracić, odepchnąć poza pole miłości!
Ojcostwo mnie wiąże nie tylko z dzieckiem -
ono wiąże mnie także we mnie: w sobie samym jestem związany.
I strasznie trudno jest stracić siebie w sobie. To niemożliwe.
Stracić wiarę we własne ojcostwo (pomyśl, dziecko) -
wówczas tylko możliwy jest ból,
lecz nie mogę już przestać być sobą razem z tym,
co mnie wiąże od wewnątrz,
co jest moim ciężarem i szczęściem - bo się stało także jakoś mną.
 

MONIKA
 

Ojcze, ojcze, jestem! Wróciliśmy z gór. Było pięknie.
Namioty schły w słońcu
Żywica się sączy po korach, trawy wysokie, środkiem biegnie ścieżyna,
ledwo, ledwo przedeptana w trawie. Więc człowiek może się zaszyć
i dumać. Odkrywać głębie istot cudzych i własnej -
odkrywać, dosięgać. Dosięgać tym, co jest we mnie, tego - co w Tobie.
Jestem, jestem! Proszę cię, przebacz. Zawsze chcę być.
Nie wolno ci o tym wątpić. Ja tylko czasem nie umiem.
Czyż nie chcę?... Kiedy nie umiem, czyż nie chcę?
No, nie myśl tak! Nigdy tak nie myśl!
Ścieżynka wśród traw wysokich ledwo, ledwo przedeptana...
twoje dziecko jest tu. Widzisz, żmiję ominie złośliwą.
Jest przytomne. Czuje twój świat. Nie wychyla go tylko do dna.
Czyż to nie dobrze, mój ojcze? W tobie zawsze musi być więcej,
w tobie zawsze musi być ponadto...
Potem sosny - piramidy cienia. Potem niskie krzewy pełne jagód
i potok.
Wejdę w wodę: po mostki, po kolana, po biodra -
czuję jej chłód (z kamieniami się stykam podwodnie),
czuję jej chłód - a równocześnie,
ach, ojcze!
Czuję, czuję na nowo me ciało
i moją duszę!
Przecież wtedy wziąłeś mnie za rękę
i prowadziłeś.
Już tego nie sposób przesunąć w tobie i we mnie.
Ja wiem. I ty wiesz także. A reszta się stanie.
 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »