|
Wstałem i, zamykając oczy, poczułem na powiekach Jego wilgotne palce, i znów usłyszałem Jego głos, spokojny i ciepły: - Abba! poświęcam Ci te oczy, obmyj je, niech otwierają się już tylko jedynie po to, by się zachwycać. Niech dostrzegają, jak jesteś piękny na twarzach braci! Niech w każdym widzą zranione dziecko, którym jest dziś i już teraz króla w chwale, którym będzie kiedyś. Nagle rozbrzmiało: - Amen! Śliną dotknął moich uszu: - Abba! Poświęcam Ci je. Zamknięte na wszelki siew śmierci, niech otwierają się na Twoją ciszę. Niech gra w nich muzyka radości! - Amen! Położył trochę soli na moich ustach: - Abba! Błogosławię Cię za. te usta, z których nie wyjdzie już żadne słowo, które brudzi lub rozdziera. Będą wzywać do szczęścia! Będą śpiewać Twoje piękno! - Amen! Wziął moje ręce, złożył je razem: - Abba! Te ręce są odtąd Twoje. Będą się otwierać już tylko jedynie po to, by przyjmować i ofiarowywać. Będą się wznosić już tylko po to, by Cię głosić i błogosławić. Moje ręce cieśli i pasterza, moje ręce, które się modlą i pracują, dajesz jemu. Dziękuje Ci bardzo, Ojcze! - Amen! Dotknął moich stóp: - Ojcze! Niech już nie chodzą ku miejscom zatracenia, lecz Twoją ścieżką, ku Tobie. Niech staną się piękne, przebiegając wzgórza, by glosie ubogim Dobrą Nowinę! (Zob. Iz 52,7) - Amen! Objął moją głowę Swymi rękoma: - Ojcze! Niech myśli o wszystkich tych miejscach, gdzie się poranił, już tylko jedynie po to, by Cię błogosławić. Daj mu nową pamięć, pełną cudów, jakie w nim uczyniłeś. Oczyść jego wyobraźnię z tego wszystkiego, co by mogło zmącić pokój, który mu dzisiaj daję. - Amen! Kreśląc mały krzyż na moim czole: - Abba! Przyjdź uleczyć jego umysł, zraniony przez zbyt wiele usłyszanych błędów, wolę osłabioną przez zbyt wiele wątpliwości. Niech wszystkie jego myśli wypływają z Ciebie i płyną ku Tobie! Niech będą diamentami, mówiącymi: Jak uważasz! Jak chcesz! - Amen! Pochylił się nade mną i tchnął we mnie, a raczej zaczął głęboko oddychać. - Emanuelu, przyjmij to tchnienie, bez którego nie możesz żyć. Oddychaj nim. Zaintrygowany, przerwałem Mu: - Robisz ze mną to samo, co zrobił z Tobą Ojciec, kiedy przyszedł obudzić Cię przed świtem? - Prawie! Oddychając zanieczyszczoną atmosferą zatrułeś się, tak jak kwiat pozbawiony powietrza. Ale tchnienie, które ci daję, to orzeźwiający powiew szczytów. - Jakie tchnienie? - Duch Święty. - Kiedy chodziłem na religię mówiono nam, że na chrzcie otrzymuje się Ducha Świętego. - Tak, Ojciec już ci Go dal. Był to jednak żar przysypany popiołem. Od tego tchnienia ogień rozpali się na nowo. W końcu wziął mnie za ramiona i ściskając mocno: - Ojcze! Uczyń z tego ciała dom, gdzie będziesz chętnie przychodzić, aby odpocząć, kaplicę, gdzie rano i wieczorem rozbrzmiewa śpiew. (fragment z książki Daniela Ange`a, Zraniony Pasterz)
|