Modlitwa Zranionego Pasterza
11.10.2008.

Wstałem i, zamykając oczy, poczułem na powiekach Jego wilgotne palce, i znów usłyszałem Jego głos, spokojny i ciepły:
- Abba! poświęcam Ci te oczy, obmyj je, niech otwierają się już tylko jedynie po to, by się zachwycać. Niech dostrzegają, jak jesteś piękny na twarzach braci! Niech w każdym widzą zranione dziecko, którym jest dziś i już teraz króla w chwale, którym będzie kiedyś.
Nagle rozbrzmiało:
- Amen!
Śliną dotknął moich uszu:
- Abba! Poświęcam Ci je. Zamknięte na wszelki siew śmierci, niech otwierają się na Twoją ciszę. Niech gra w nich muzyka radości!
- Amen!
Położył trochę soli na moich ustach:
- Abba! Błogosławię Cię za. te usta, z których nie wyjdzie już żadne słowo, które brudzi lub rozdziera. Będą wzywać do szczęścia! Będą śpiewać Twoje piękno!
- Amen!
Wziął moje ręce, złożył je razem:
- Abba! Te ręce są odtąd Twoje. Będą się otwierać już tylko jedynie po to, by przyjmować i ofiarowywać. Będą się wznosić już tylko po to, by Cię głosić i błogosławić. Moje ręce cieśli i pasterza, moje ręce, które się modlą i pracują, dajesz jemu. Dziękuje Ci bardzo, Ojcze!
- Amen!
Dotknął moich stóp:
- Ojcze! Niech już nie chodzą ku miejscom zatracenia, lecz Twoją ścieżką, ku Tobie. Niech staną się piękne, przebiegając wzgórza, by glosie ubogim Dobrą Nowinę! (Zob. Iz 52,7)
- Amen!
Objął moją głowę Swymi rękoma:
- Ojcze! Niech myśli o wszystkich tych miejscach, gdzie się poranił, już tylko jedynie po to, by Cię błogosławić. Daj mu nową pamięć, pełną cudów, jakie w nim uczyniłeś. Oczyść jego wyobraźnię z tego wszystkiego, co by mogło zmącić pokój, który mu dzisiaj daję.
- Amen!
Kreśląc mały krzyż na moim czole:
- Abba! Przyjdź uleczyć jego umysł, zraniony przez zbyt wiele usłyszanych błędów, wolę osłabioną przez zbyt wiele wątpliwości. Niech wszystkie jego myśli wypływają z Ciebie i płyną ku Tobie! Niech będą diamentami, mówiącymi: Jak uważasz! Jak chcesz!
- Amen!
Pochylił się nade mną i tchnął we mnie, a raczej zaczął głęboko oddychać.
- Emanuelu, przyjmij to tchnienie, bez którego nie możesz żyć. Oddychaj nim.
Zaintrygowany, przerwałem Mu:
- Robisz ze mną to samo, co zrobił z Tobą Ojciec, kiedy przyszedł obudzić Cię przed świtem?
- Prawie! Oddychając zanieczyszczoną atmosferą zatrułeś się, tak jak kwiat pozbawiony powietrza. Ale tchnienie, które ci daję, to orzeźwiający powiew szczytów.
- Jakie tchnienie?
- Duch Święty.
- Kiedy chodziłem na religię mówiono nam, że na chrzcie otrzymuje się Ducha Świętego.
- Tak, Ojciec już ci Go dal. Był to jednak żar przysypany popiołem. Od tego tchnienia ogień rozpali się na nowo.
W końcu wziął mnie za ramiona i ściskając mocno:
- Ojcze! Uczyń z tego ciała dom, gdzie będziesz chętnie przychodzić, aby odpocząć, kaplicę, gdzie rano i wieczorem rozbrzmiewa śpiew.

                                                                                             (fragment z książki Daniela Ange`a, Zraniony Pasterz)

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »